sierpień 26, 2011

naszło mnie

Pierwsze moje wspomnienie związane z kasetami magnetofonowymi jest smutne. Wróciliśmy z Francji i przyzwyczajam się do życia w polskich realiach. Miałam jakieś 6 lat. Pewnego dnia Tata powiedział, że ma dla mnie niespodziankę. Strasznie się ucieszyłam, bo uwielbiam niespodzianki od kiedy pamiętam. Ów prezent czekał w domu, a ja akurat przebywałam u dziadków na półkolonii. Cały dzień wieszałam się na rodzicach i dopytywałam się co to jest. W końcu myśli w mojej głowie zmutowały i ubzdurałam sobie, że to musi być dom dla lalek. Zaczęłam więc podskakiwać radośnie, bo to na pewno będzie właśnie to! Godziny mijały i w końcu wracaliśmy do domu. Nie mogłam się doczekać. Tata powiedział, że prezent jest u mnie w pokoju.  Biegłam jak opętana już widząc różowy karton na biurku. Wpadłam do pokoju a tam nie było nic różowego. Podeszłam z bijącym sercem do biurka na którym leżała kaseta Mylène Farmer.
Ogarnęła mnie furia. Co to ma być?! Wzięłam kasetę, pobiegłam do kuchni i z całej siły trzasnęłam nią o podłogę, a plastikowe pudełko rozpadło się na kawałki. Widziałam smutek w oczach rodziców. Mnie było stać tylko na spazmatyczny płacz i złość. Mylene była bardzo popularna we Francji, gdy tam mieszkaliśmy. Kasetę mam do dziś, w innym pudełeczku, dom dla lalek pewnie już dawno byłby w śmieciach. Dzieciaki są głupie. 

Etykiety: